Kirishima wraca do ōzeki, Hakkaku uderza w Hōshōryū.

Kirishima wraca do ōzeki, Hakkaku uderza w Hōshōryū.

Zakończony turniej w Osace przyniósł nie tylko rozstrzygnięcia sportowe, ale też wyraźne sygnały ze strony władz sumō i kilka mocno ludzkich historii. W centrum uwagi znalazł się zarówno triumfujący Kirishima, jak i krytykowany yokozuna Hōshōryū.

Przewodniczący Nihon Sumo Kyokai, Hakkaku, bardzo ostro ocenił postawę wielkiego mistrza. Hōshōryū, mimo stabilnych wyników – cztery kolejne basho z dwucyfrową liczbą zwycięstw – wciąż nie zdobył yūshō od czasu awansu. W Osace jego szanse ostatecznie rozwiały się w końcówce turnieju: najpierw przegrał z Kirishimą w 13. dniu, a dzień później z ōzekim Kotozakurą, co bezpośrednio otworzyło drogę do tytułu dla byłego ōzeki.

Hakkaku nie próbował łagodzić przekazu. Zwrócił uwagę nie tylko na wyniki, ale przede wszystkim na jakość sumō i mentalność zawodnika. Jego zdaniem yokozunie brakuje konsekwencji, a także jednego, rozpoznawalnego stylu walki. Problemem ma być zwłaszcza niestabilne tachiai i brak „planu A”, na którym mógłby polegać w trudnych momentach. W efekcie, gdy forma spada, rozpada się całe jego sumō. Wprost zasugerował też, że jak na yokozunę poziom prezentowany w tym basho był niewystarczający.

Na drugim biegunie znalazł się Kirishima, który przypieczętował powrót do rangi ōzeki. Choć w ostatnim dniu przegrał z Kotozakurą, jego bilans 12–3 i zdobycie trzeciego yūshō w karierze przesądziły sprawę. Decyzja o awansie została zatwierdzona podczas nadzwyczajnego posiedzenia – co w praktyce zawsze oznacza formalność. Po 34 zwycięstwach w trzech kolejnych turniejach jego powrót na szczyt był logiczną konsekwencją formy.

Hakkaku podkreślił, że to efekt pracy i odbudowy po kontuzjach, ale jednocześnie zaznaczył, że ōzeki nie powinien być dla Kirishimy celem samym w sobie. Kluczowe pytanie brzmi, czy jest w stanie zrobić kolejny krok.

Sam triumf miał też nietypową oprawę. Ze względu na opóźnienia i deszcz Kirishima odbył paradę zwycięstwa w mawashi, co dziś zdarza się niezwykle rzadko. Taka sytuacja przywołuje raczej realia dawnego sumō niż współczesne standardy.

Turniej miał jednak także znacznie bardziej osobisty wymiar. Bracia Asakōryū i Asasuiryū przystąpili do rywalizacji tuż po śmierci swojej matki, która zmarła na raka w wieku 58 lat. Była kluczową postacią w ich karierze – to ona od dzieciństwa prowadziła ich przez wymagający trening i motywowała do wejścia w świat profesjonalnego sumō.

Starszy z braci zdążył spełnić jedno z jej marzeń, docierając do Makuuchi jeszcze za jej życia. Młodszy podkreślał z kolei, że jego droga do sumō była bezpośrednio związana z jej oczekiwaniami. Największym niespełnionym pragnieniem pozostaje wspólny występ w najwyższej dywizji. Obaj podkreślają, że jej ostatnie słowa i postawa są dla nich zobowiązaniem, a nie ciężarem – i że nie mogą pozwolić sobie na mentalne załamanie.

Na tle tych historii mocno kontrastuje przypadek Tsurugishō, który zakończył turniej bilansem 0–15 w Jūryō. To wynik skrajnie rzadki i w praktyce oznaczający spadek do Makushita. Zawodnik zmagał się z licznymi urazami i sam przyznał, że był to najtrudniejszy turniej w jego karierze. Nie podjął jeszcze decyzji co do przyszłości, choć nie wyklucza nawet zakończenia kariery. W jego wypowiedziach wyraźnie wybrzmiewa zmęczenie – zarówno fizyczne, jak i psychiczne.

Symboliczny wymiar miał też udział Daiseizana w paradzie zwycięstwa Kirishimy. Jeszcze niedawno był jego tsukebito, a teraz – już jako sekitori – pełnił rolę chorążego. Co istotne, do samego końca walczył o dodatni bilans i osiągnął go dopiero w ostatnim dniu, co tylko podkreśla wagę tego momentu. Sam przyznał, że było to dla niego doświadczenie motywujące i że kolejnym celem jest znalezienie się w takiej paradzie już jako zwycięzca.

To basho pokazało więc kilka równoległych historii: powrót na szczyt, poważne wątpliwości wobec yokozuny, osobiste dramaty i brutalną stronę sportu, w której granica między sukcesem a upadkiem bywa bardzo cienka.